czwartek, 20 sierpnia 2015

JongKey - The Last Words [Angst, au, +15]


The Last Words
Rating: 15+
Gatunek: Angst, au
Paring: Jongkey | Pobocznie: JongHo, OnTae
Bohaterowie: Kim Jonghyun, Kim Kibum, Choi Minho, Lee Jinki, Lee Taemin
Krótki opis: W każdym związku zdarzają się mniejsze czy większe kłótnie. Jednak kiedy jest się w związku z małą divą, to nawet te najdrobniejsze sprzeczki mogą przynieść ze sobą katastrofalne skutki. Szczególnie jeśli nagle pojawia się ktoś, kto kocha twoją drugą połówkę, i jest w stanie zrobić wszystko, by wyeliminować konkurencję do serca swojej miłości.
N/A:  Cóż, tak naprawdę to pierwszy mój FF, który ujrzy światło dzienne. Sporo osób chciało żebym go wstawiła, więc... no cóż, czego się nie robi dla publiki? Proszę wybaczyć mi wszelkie błędy, jeśli jakiś znalazłam, zawsze starałam się poprawiać, nie gwarantuję jednak że wyłapałam wszystkie, więc zapraszam do wyrażania swojej opinii, ewentualnego wytykania błędów... Miłego~
______________________________________________________________________

Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest, kiedy dzieli cię krok od śmierci? Ja też nie, i chyba żałuję, ponieważ moje życie zależało w pewnym momencie od kaprysu jednego człowieka, który stojąc przede mną mierzył do mnie z pistoletu. Dlaczego? W tamtej chwili to pytanie też przeszło mi przez myśl, jednak już niedługo potem otrzymałem odpowiedź, której się nie spodziewałem, ale chyba można powiedzieć że lepszą od innych, które mogłem usłyszeć.
- Nie trzęś się tak. - powiedział chłopak nawet na mnie nie zerkając, gdyż wzrok jego wodził po czarnej, lśniącej broni, którą trzymał w dłoni. - Zrobisz tylko jedną rzecz, o którą cię poproszę i jesteś wolny. - Na jego ustach pojawił się lekki uśmiech. Był aż tak bardzo zadowolony z siebie, że musiał szczerzyć zęby? Było to dla mnie lekko niezrozumiałe, ale cóż, nie o tym wtedy myślałem. Popatrzyłem więc na niego z nadzieją, że powie mi co ma powiedzieć i puści mnie wolno. I że to, co będę miał zrobić, będzie wykonalne.
- Otóż... - zaczął, a wszystkie moje mięśnie napięły się w oczekiwaniu. - ... Musisz tylko obiecać, że zostawisz Jonghyuna. A żeby nie było, możecie pozostawać w przyjacielskich stosunkach, tak dla zachowania pozorów, w końcu uchodzicie za parę doskonałą. Jednakże, wystarczy jedno słowo, które mi nie podpasuje, gest, który będzie wykraczał ponad przyjacielskie standardy czy spojrzenie, w którym będzie coś więcej niż tylko zwykła sympatia - jesteś martwy. Jonghyun jest mój, zawsze był i zawsze będzie nawet jeśli teraz wydaje ci się, że jest twój.
Słuchałem tego przerażony. Jonghyun jego? Jestem martwy? O co mu chodziło? Wydawało mi się, że nigdy wcześniej go nie spotkałem. Ze strachu nogi miałem jak z waty, a łzy bezsilności cisnęły mi się do oczu. W sumie nie mogłem w tej chwili zrobić nic. W moim umyśle na chwilę zapanował totalny chaos. Przełknąłem ślinę, by pozbyć się guli rosnącej w moim gardle, jednak i tak nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Zawziąłem się jednak. W końcu nie mogłem po prostu stać jak jakiś słup przy drodze, milcząc cały czas.
- Jeśli ci na nim tak bardzo zależy, czemu nie pójdziesz do niego i mu tego nie powiesz? - Zapytałem drżącym głosem. Mimo że starałem się by zabrzmiał pewnie, nic z tego nie wyszło dlatego zacząłem żałować że w ogóle otworzyłem paszczę. Zdradziłem tym tylko, jak bardzo się bałem.
- Hmmm... - Miałem wrażenie, że jego zastanawianie się jest tylko grą. - Może dlatego, że nie ważne co zrobię, co powiem, czy jak bardzo będę się starał, zostanę odrzucony, dlatego, że on wybierze ciebie, Kibumie. Dlatego, lepiej najpierw zabrać się za ciebie. - Gdy wymówił moje imię, zadrżałem. Skąd on w ogóle wiedział, jak się nazywam? Czyżby mnie śledził? To byłoby całkiem logiczne, w końcu byłem całkiem przystojny i na pewno przyjemnie się na mnie patrzyło. Jednak to nie wyjaśniało tego, dlaczego bardziej w swoich wypowiedziach skupiał się na moim chłopaku. Przyjrzałem mu się jeszcze raz na tyle uważnie, na ile pozwalało na to mdłe światło latarni ulicznej stojącej spory kawałek od nas. Wyglądał znajomo. Przynajmniej takie miałem wrażenie, że gdzieś go kiedyś już widziałem. Jeśli tak było, to na myśl przyszła mi tylko jedna osoba, jako wytłumaczenie kim mógł być ten człowiek.
Jeśli dobrze myślałem, chłopak stojący przede mną nazywał się Choi Minho i był znajomym Jonghyuna z liceum. Z tego co opowiadał mi mój chłopak, nie był on zbytnio lubiany przez resztę uczniów z bliżej nieznanych powodów. Był ponoć również nazywany Żabolem. Przez to często przerwy spędzał samotnie, a na lekcjach nikt nie zajmował miejsca obok niego aż do czasu, w którym zrobił to Kim. Może nie stali się sobie jakoś szczególnie bliscy, jednak czas w szkole spędzali zwykle w swoim towarzystwie. Gdyby nie to, że wtedy jeszcze nie znałem Dino, pewnie byłbym zazdrosny.
Pewnego dnia Minho poprosił Kima, by ten został chwilę dłużej po zajęciach, bo musi mu coś powiedzieć, a gdy chłopak to uczynił, wyznał mu miłość. Jonghyun go odrzucił. Nie chciał słuchać o czymś takim. Choi był dla niego tylko kolegą z klasy, nikim więcej, czego ten nie mógł zaakceptować. Chciał być kimś więcej w życiu drugiego chłopaka, dlatego praktycznie nie dawał mu spokoju. Wszędzie za nim chodził, był jak jego cień. Przez to Kim zaczął się po prostu bać gdziekolwiek pójść, dlatego też postanowił zmienić szkołę, gdzie potem poznał mnie i gdzie wydawało się, że problem zniknął. Co prawda Żabol kilka razy zjawił się pod naszą szkołą, jednak po kilku ostrzejszych wymianach zdań w końcu odpuścił. Nie sądziłem, że po prawie czterech latach znowu się pojawi.
- Jonghyun chyba musi mieć powód, by cię odrzucać, Minho. A skoro tak, to powinieneś sobie po prostu dać spokój. - Widząc jego reakcję upewniłem się, że moja pamięć mnie nie zawodzi i to naprawdę ten sam człowiek. Choi chwilę patrzył na mnie zdziwiony, pewnie tym, że rozpoznałem go po tylu latach, jednak po chwili się otrząsnął, a na jego usta powrócił ten dziwny uśmiech.
- Jak mógłbym dać sobie spokój w walce o tak wspaniałego chłopaka? Chyba nie zdajesz sobie sprawy, jak ważny jest dla mnie Jjong. Jednak, coś mi mówi, że ty też nie zamierzasz odpuścić, mam rację? - Popatrzył na mnie z lekko przechyloną głową.
Za bardzo kochałem Jonghyuna, by tak po prostu od niego odejść, i żyć obok niego ze świadomością, jak bardzo go zraniłem. Nie byłbym wstanie tego znieść. Jako, że bezwiednie opuściłem wzrok, podniosłem go z powrotem, przy okazji zaciskając dłonie w pięści. Starałem się wyglądać na pewnego siebie, mimo, że w środku cały się trząsłem. Było ciemniej i chłodniej niż godzinę temu, ale nie mogłem się dziwić, w końcu było już po północy. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby wymknąć się z mieszkania nie zostawiając nawet jednej karteczki z jakąkolwiek wskazówką dla mojego chłopaka czy współlokatora co do miejsca mojego pobytu. Na szczęście latarnia stojąca kawałek dalej rzucała spory krąg światła, dzięki czemu mogłem chociaż zobaczyć twarz najprawdopodobniej przyszłego zabójcy. Gdyby nie szaleństwo w jego oczach i ten dziwny, niemal przerażający uśmiech na ustach, mógłbym nawet powiedzieć, że był przystojny. Kto by pomyślał, że człowiek w obliczu zagrożenia myśli o takich rzeczach? Chociaż myśli, to chyba za dużo powiedziane, to był raczej krótki przebłysk w czasie, w którym próbowałem zebrać się w sobie.
- Masz rację, Minho. - powiedziałem ze zdziwieniem, lecz także z zadowoleniem stwierdzając, że mój głos brzmi pewniej niż bym przypuszczał. Tylko ten fakt pomógł mi kontynuować moją wypowiedź, inaczej chyba po prostu bym się zamknął pod wpływem spojrzenia trzymającego broń chłopaka. Popatrzyłem mu prosto w oczy. - Nie zamierzam odpuścić. Kocham Jonghyuna. Jeśli mam wybierać między życiem z dala od niego, ze świadomością, że go zraniłem, a śmiercią, to chyba jednak wolę śmierć. Bo mimo tego, że tym też go zranię, pewnie jeszcze bardziej, nie będę oglądał jego łez, wypłakiwanych z mojego powodu. - Wypatrywałem jakiejkolwiek reakcji ze strony Choi, jednak ten dalej po prostu na mnie patrzył, mógłbym przysiąc, że z zaciekawieniem. Po chwili jednak odezwał się.
- Sądziłem, że jednak wybierzesz rozstanie, Kibumie, by móc go chociaż czasem zobaczyć, jednak widocznie się pomyliłem. Cóż, pozostaje mi tylko zrobić jedno. Żegnaj, Key. - Po tych słowach nacisnął spust.
Zacisnąłem powieki oczekując bólu, który powinien przeszyć moje ciało, jednak zamiast niego poczułem ręce na moich ramionach i usłyszałem krzyk, który rozpoznałbym wszędzie, a którego wolałbym nigdy nie słyszeć. Otworzyłem oczy trafiając nimi na przepełnione bólem i przerażeniem spojrzenie Jjonga. Nie wiedziałem, skąd on się tu wziął, jednak nie to było w tej chwili ważne. Chłopak opadł w moje ramiona, a pode mną ugięły się kolana. Wylądowałem na klęczkach obejmując rannego. Rozejrzałem się w poszukiwaniu jakiejkolwiek pomocy, jednak park był o tej porze całkowicie pusty. Minho gdzieś zniknął, pewnie uciekł jak tylko oddał strzał. Z moich oczu popłynęły łzy.
- Idioto! - zawołałem łamiącym się głosem. - Dlaczego to zrobiłeś ty cholerny, popieprzony Dinozaurze?! - Z mojej piersi wydobył się szloch. Bezwiednie zacząłem się kołysać, tuląc do siebie krwawiącego chłopaka.
- Ja... - wyszeptał Jonghyun - ... Nie mogłem pozwolić, żebyś to był ty. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym dał cię zranić. - przymknął oczy. Wiedziałem, że w tej chwili musi odczuwać niesamowity ból.
- Patrz na mnie. - rozkazałem mu, kładąc dłoń na jego policzku. - Spójrz na mnie do cholery jasnej! - wydarłem się histerycznie. Łzy spływały po moich policzkach, kapiąc na ziemię i koszulkę chłopaka, przez którą przesiąkała jego krew, brudząc przy okazji moje ubranie, idealnie dobrane, nieskazitelne ubranie, które już nie miało znaczenia. I tak wyglądałem w tamtej chwili jak obraz nędzy i rozpaczy. Pogoda odzwierciedlała to, jak się wtedy czułem, gdyż nagle zaczął padać deszcz. Nie delikatnie, lecz z pełną siłą. Chyba tylko cudem nie była to burza. - Nie możesz mnie zostawić, nie możesz... - powtarzałem płaczliwym głosem.
Jjong na powrót otworzył oczy i uśmiechnął się bardzo delikatnie, jednak wyszedł z tego bardziej grymas, na jego zbolałej, oblanej deszczem twarzy.
- Nie płacz, Kibummie. - powiedział cicho. - Moja mała diva wygląda okropnie kiedy płacze. - W tamtej chwili nie wierzyłem, że jest w stanie wypowiadać takie słowa. Nagle jego oddech stał się jeszcze płytszy i bardziej urywany. Nabierał powietrza z ogromnym trudem, ostatkami sił trzymając się życia. - Kocham cię.... - wyszeptał tylko, po czym jego ciało stało się bezwładne. Patrzyłem na niego załzawionymi, powiększonymi ze strachu oczami.
- Nie... Nie... - powtarzałem kręcąc głową z niedowierzaniem, strzepując przy tym kropelki wody z moich włosów, które mieszały się z padającym deszczem. - Błagam, nie... - zacząłem szlochać jeszcze bardziej, lekko potrząsając ramionami chłopaka, którego wciąż do siebie tuliłem. - Kocham cię, słyszysz? Błagam, spójrz na mnie.. Spójrz na mnie! Nie zostawiaj mnie! - Mój krzyk został zdławiony przez kolejny szloch. Płakałem tuląc do siebie martwego chłopaka. Ktoś chyba usłyszał strzały i wezwał pomoc, gdyż gdzieś w oddali słyszałem syreny, może policyjne, może pogotowia, jednak nie zwracałem na nie uwagi. Otaczał mnie szum deszczu, i świadomość, że JEGO już nie ma.
Nie wiedziałem, ile tak siedziałem, płacząc i kołysząc się delikatnie z Jonghyunem w ramionach. Nagle jednak ktoś wyciągnął ręce w stronę mojego skarba.
- Zostaw go! - krzyknąłem na drobnego chłopaka, który lekko się nade mną pochylał. Czyjeś ramiona objęły mnie od tyłu, a w tym czasie ten sam chłopak zabrał z moich rąk najbliższą mi osobę.
- Zostaw! Jonghyun! - Próbowałem się wyrwać by pobiec za drobnej budowy brunetem, jednak uścisk, w którym byłem trzymany był zbyt silny. - Puść mnie do cholery jasnej! - Nie wiedziałem, czy po moich policzkach spływały łzy, czy krople deszczu, czy może i to i to.
Ten, kto mnie trzymał, powoli obrócił mnie w swoją stronę, a ja rozpoznałem w nim naszego współlokatora. Wtuliłem się w niego, a on powoli zaczął głaskać mnie po plecach, nic nie mówiąc. Za to lubiłem Jinkiego. Nie wypowiadał zbędnych słów. Nie próbował słownie pocieszać. Nie wtrącał się. Nie mówił "wiem, co czujesz" czy "współczuję". Po prostu był. Cichy, z obsesją na punkcie kurczaka w każdej postaci, a jednak pomocny, zawsze służący radą gdy nie umieliśmy sami sobie poradzić. Szlochałem mu w ramię, co jakiś czas wypowiadając pojedyncze słowa, bez żadnej kolejności, bez ładu i składu, a on dalej głaskał mnie po plecach. Niedługo potem zjawił się jego chłopak, Taemin, który pomyślał o tym, żeby jednak przyjechać samochodem. Po zaprowadzeniu mnie do niego okrył mnie kocem po czym usiadł za kierownicą, a miejsce obok mnie zajął starszy chłopak. Wycieńczony emocjami, przemoczony do ostatniej suchej nitki zasnąłem na tylnym siedzeniu samochód z głową na kolanach Onew, który uspokajająco głaskał mnie po głowie, w żaden sposób nie komentując mojego jakże tragicznego wyglądu i wielkiego wstrząsającego mną szlochu. Ostatnią rzeczą zarejestrowaną przeze mnie zanim pogrążyłem się w pełnym koszmarów śnie była spływająca po twarzy Jinkiego łza.

~*~
Trzy godziny wcześniej

Siedziałem przy stole z nudów rozwiązując krzyżówkę zamieszczoną na tyłach jakiejś gazety kupionej przez Jinkiego dzień wcześniej. Czekałem aż Jjong wróci z pracy, obiecał mi wspólną kolację. Nie powiedział, czy zjemy ją w domu czy na mieście, a mi było wszystko jedno. Liczyło się dla mnie tylko to, że mieliśmy spędzić razem czas. Powoli zaczynałem się denerwować, ponieważ powinien być tu już pół godziny temu, jednak tłumaczyłem to sobie tym, że po prostu utknął w korku. Lekko się złościłem, chciałem, żeby chociaż zadzwonił do mnie i uprzedził, że nie wróci punktualnie.
Usłyszawszy trzask drzwi do mieszkania odłożyłem długopis na stół i wstałem z krzesła, kierując swoje kroki w stronę przedpokoju. Z założonymi rękami stanąłem w progu, spodziewając się Blinga, jednak zamiast niego zobaczyłem Lee z czterema wielkimi torbami pełnymi najróżniejszych zakupów. Westchnąłem cicho zawiedziony, i podszedłem do chłopaka, by odebrać od niego pakunki.
- Jonghyuna jeszcze nie ma? - zapytał patrząc na jedną jedyną parę butów stojącą pod ścianą. Umówiliśmy się, że zostawiamy tak tylko te buty, w których chodzimy najczęściej, a resztę trzymamy w szafce stojącej w rogu korytarza. Pokręciłem przecząco głową po czym udałem się do kuchni. Tam zacząłem wypakowywać zakupy starszego. Jak na dobrych współlokatorów przystało, podzieliliśmy się obowiązkami. W tym miesiącu ja i Jonghyun zajmowaliśmy się porządkami, zaś najstarszy z naszej trójki - zaopatrzeniem.
Kiedy byłem w połowie rozpakowywania drugiej torby, chłopak dołączył do mnie i zabrał się za trzeci pakunek.
- Nie zadzwonił do ciebie? - zapytałem z cichą nadzieją w głosie. Mój towarzysz przecząco pokręcił głową. Westchnąłem głęboko wkładając do lodówki trzeci karton mleka. Dlaczego Dino nie odezwał się do żadnego z nas? Może coś mu się stało? Starałem się odganiać od siebie ciemne myśli, jednak fakt, że robiło się coraz później i ciemniej, a mój chłopak nadal nie wrócił wcale mi w tym nie pomagał.
Chwilę później usłyszałem klucz przekręcany w zamku i trzaśnięcie drzwi.
- Wróciłem! - krzyknął Jonghyun jak zwykle, informując nas tym samym, że raczył przywlec swoje szanowne cztery litery do domu. Szybko wstawiłem do lodówki dwa kartoniki mleka bananowego, które Onew kupił zapewne dla swojego młodszego od nas wszystkich chłopaka, i podszedłem do drzwi pomieszczenia, skąd miałem idealny widok na Jjonga. Stanąłem z rękami na biodrach, patrząc na niego z wyrzutem.
- Zamierzałeś się dzisiaj w ogóle pojawić w domu? - zapytałem patrząc na niego spod blond grzywki. On tylko się uśmiechnął i zdjąwszy buty podszedł do mnie i cmoknął mnie w usta.
- Przecież się pojawiłem. - powiedział i skierował swoje kroki wgłąb kuchni. - Hej Jinki - przywitał się, na co chłopak odpowiedział krótkim machnięciem ręką, zajęty sprawdzaniem paragonu. Cóż, musieliśmy mu oddać dwie trzecie kwoty, w końcu na zakupy zawsze się zrzucaliśmy. To, że jeden je robił, nie znaczyło, że reszta nie płaci.
- A co z naszą wspólną kolacją? - Lekko wywinąłem dolną wargę kiedy chłopak popatrzył na mnie zdziwiony.
- O jejku, zupełnie zapomniałem... - przyznał, drapiąc się po karku. - Jadłem w pracy, więc... Co powiesz na przełożenie tego na jutro? - zapytał i odkręcił butelkę z wodą, którą przed chwilą wyciągnął z szafki. Spojrzałem na niego zawiedziony, jednak powoli pokiwałem głową. A ja specjalnie nic nie jadłem!
- Jakby mnie ktoś potrzebował, to będę w pokoju. - powiedziałem i właśnie tam skierowałem swoje kroki. Kiedy tylko się tam znalazłem zamknąłem drzwi i walnąłem się na łóżko. Potem zacząłem nasłuchiwać. Chłopcy spierali się o coś w kuchni, po czym usłyszałem tupot ich stóp, trzaśnięcie drzwi i krzyk Jinkiego.
- Wyłaź stamtąd! Ustaliliśmy, że dzisiaj ja pierwszy zajmuję łazienkę! - Mimowolnie się uśmiechnąłem. Czasem miałem wrażenie, że zachowywali się gorzej niż dzieci w przedszkolach. Kilka minut później drzwi do mojego pokoju, który oczywiście dzieliłem z drugim Kimem otworzyły się, a do pomieszczenia wszedł jego współwłaściciel.
- Musimy porozmawiać. - oznajmiłem. Wiem, że było już dość późno, i chłopak na pewno był zmęczony po pracy, jednak chciałem z nim wyjaśnić, dlaczego się spóźnił, i czemu nawet do mnie nie zadzwonił, że już wraca do domu, skoro robił to zawsze.
- Kocie, jestem zmęczony. - odpowiedział i podszedł do mnie, całując delikatnie w czoło. Już miałem coś powiedzieć, jednak położył mi palec na ustach. - Obiecuję, że porozmawiamy jutro rano, dobrze? - uśmiechnął się lekko po czym zmierzwił mi włosy. - A teraz idę pod prysznic zanim Jinki wpakuje się do łazienki. - To mówiąc wyjął czysty ręcznik z szafki i skierował się tam, dokąd mówił.
Siedziałem naburmuszony na łóżku. A sam sobie jutro gadaj, pomyślałem po czym wstałem, i trzaskając drzwiami wyszedłem z pokoju. Nie lubiłem, gdy mi się odmawia, lub nie dotrzymuje się danego mi słowa, a jakby nie patrzeć Kim zrobił dzisiaj obie te rzeczy, a wskaźnik mojego rozdrażnienia podnosił także fakt, że byłem głodny. W hallu szybko założyłem buty i opuściłem mieszkanie. Zdążyłem jedynie zobaczyć, że Onew wygląda z kuchni, zapewne chcąc sprawdzić kto był źródłem hałasu.

~*~

Na pogrzebie Jonghyuna pojawiłem się wręcz bez mojej zgody. To nie tak, że nie chciałem iść, tylko po prostu nie mogłem. Nie mogłem patrzeć, najpierw na jego bladą twarz, na elegancko ubrane ciało leżące bez życia w trumnie, potem na wieko, na którym lądowały co chwile nowe róże i coraz większe ilości ziemi. Dodatkowo wyglądałem jak wrak człowieka. Od jego śmierci minął lekko ponad tydzień, a ja od tamtej pory nie zmrużyłem oka, bojąc się, że gdy tylko to zrobię, znowu będę oglądał tą cholerną scenę, że będę widział kałużę krwi wokół kochanej przeze mnie osoby. Nie byłem też w stanie wziąć czegokolwiek do ust, gdyż niemal wszystko z powrotem zwracałem gdy tylko powracało wspomnienie tamtej nocy. Ubranie niemal na mnie wisiało. Patrzyłem na świat czerwonymi, podkrążonymi, opuchniętymi od płaczu oczami, które ukrywałem przed ludźmi pod okularami przeciwsłonecznymi, mimo iż było pochmurno. Deszcz zaczął padać równo z momentem, w którym zaczęto opuszczać dębową trumnę. Wszyscy ludzie, którzy przyszli pożegnać Jonghyuna chowali się pod parasolami, czarnymi jak ich stroje. Wszyscy, z wyjątkiem mnie. Stałem na uboczu, a jednak najbliżej grobu. Z moich oczy nie płynęły łzy, mimo to szczypały mnie oczy, a obraz świata był lekko zamazany. Nawet to jednak nie przeszkadzało mi widzieć rozpaczy rodziny zmarłego. Jego mama, drobna ciemnowłosa kobieta zanosiła się szlochem w ramionach swojego męża. Za nimi stał siwowłosy mężczyzna, przygarbiony, z twarzą pokrytą zmarszczkami. Dziadek Jjonga, człowiek który żył już sto dwa lata i wszystko wskazywało na to, że jeszcze trochę pożyje. Wszystkie twarze otaczające mnie znaczył smutek. Niektórzy płakali, innym powstrzymywali łzy, by być oparciem dla tych, którym się to nie udawało.
Kawałek ode mnie stał Jinki, tuląc do siebie płaczącego Taemina. Chłopak był bardzo wrażliwy, i mimo, że nie znał Jonghyuna długo, jego śmierć go dotknęła. Onew głaskał go po głowie, co chwila ocierając oczy. Mieszkał z nami półtorej roku, i zżył się z nami, chociaż zdecydowanie lepiej dogadywał się z moim chłopakiem niźli ze mną. Nie dziwiłem mu się, Bling był dużo bardziej towarzyski ode mnie, nie dało się z nim nie dogadać. No i poza tym to dzięki niemu chłopak w ogóle z nami zamieszkał, ja byłem temu przeciwny, teraz jednak nie żałowałem, że dałem się namówić, bo zyskaliśmy w ten sposób dobrego przyjaciela, na którym zawsze mogliśmy polegać.
Spojrzałem w stronę grobu, niemal do końca już zasypanego. Ludzie zaczęli się rozchodzić, a także podchodzić do rodziny zmarłego z wyrazami współczucia. Mnie omijali, za co byłem im wdzięczny. Nie wiedzieli, co w tej chwili czułem, i nie mogli się z tym utożsamiać. Wiedziałem też, że być może słysząc słowa /współczuję/ czy /przykro mi/ nie dałbym rady utrzymać dłużej tego względnego spokoju. Byłem całkowicie rozstrojony, nawet jedno słowo potrafiło sprawić, że dostawałem jakiejś histerii, z której zwykle próbowali wyciągać mnie Onew czy Taemin, którzy już za drugim razem stwierdzili, że nie należy przy tym używać jakichkolwiek słów. Czasem ktoś skinął głową bądź ukłonił się w moją stronę, na co automatycznie odpowiadałem tym samym. Moje ruchy były sztywne, wymuszone. Miałem ochotę po prostu paść na kolana nie zwracając uwagi na błoto pod nogami i zostać w takiej pozycji aż dotąd, dopóki wszyscy zebrani się nie rozejdą, a deszcz nie zmyje ze mnie tego przytłaczającego uczucia tęsknoty i rozpaczy. Nagle kątem oka dostrzegłem czyjąś sylwetkę stojącą kilka grobów dalej, co szczerze mówiąc lekko mnie zdziwiło. Oczywiście mógłbyś to po prostu człowiek odwiedzający zmarłego członka rodziny lub przyjaciela, lecz mimo wszystko obróciłem się w tamtą stronę. Zakapturzona postać, widząc to, skłoniła się nisko, chwilę trwając w tej pozycji. Gdzieś w głęboko ukrytym skrawku mojego umysły domyślałem się, kim mógł być. Lekko i krótko ukłoniłem się, spuszczając głowę. Choi Minho przyszedł pożegnać osobę, którą kochał równie mocno jak ja. Obaj czuliśmy się tego dnia okropnie. I mimo, że nigdy nie wybaczyłem mu tego, co zrobił, tego dnia naprawdę mogłem powiedzieć, że wiem co czuje, i że nawet w najgorszych snach bym mu tego nie życzył. Chwilę później chłopak obrócił się i zniknął, wchodząc między groby. Przez moment patrzyłem za nim przez ścianę deszczu, który zamiast powoli ustępować, padał coraz mocniej. Przez myśl przeszło mi, że być może świat też rozpacza nad stratą człowieka tak wspaniałego jak Kim Jonghyun, jednak że starałem się ograniczać takie dziecinne poglądy do minimum, szybko wyrzuciłem to ze swojej głowy. Czując czyjąś drobną dłoń na ramieniu obróciłem się powoli, natrafiając spojrzeniem w czekoladowe oczy, które były tak bardzo podobne do oczu Jonghyuna.
- Powinieneś już iść, Kibumie. - powiedziała cicho kobieta. Widziałem, że ledwo się trzymała, zupełnie tak jak ja, z tym że jednak z nią było inaczej. Ona straciła jedyne dziecko, które wychowywała, które kochała całym sercem, które nie powinno opuścić tego świata przed nią. Rodzice nie powinni grzebać własnych dzieci. Nie taka jest prawidłowa kolejność.
Powoli skinąłem głową. Miała racje. Powinienem iść, wrócić do domu, zająć się życiem. Tyle że to nie było proste, szczególnie że teraz w tym życiu kogoś brakowało. Ale powinienem iść przez to dalej. Właśnie dla niego. Nie po to sam zginął, żebym ja teraz marnował to, co mi dał.
- Do widzenia. - powiedziałem cicho i skłoniłem się kobiecie. Podszedłem do Jinkiego i Taemina, którzy oprócz mnie i najbliższej rodziny zmarłego byli jedynymi osobami pozostałymi w pobliżu grobu. Reszta powoli zmierzała do wyjścia z cmentarza.
- Wracajmy do domu. - powiedział starszy Lee, po czym jednym ramieniem obejmując mnie, a drugim swojego chłopaka ruszył w ślad za innymi ludźmi. Szliśmy w ciszy, każdy pogrążony w swoich myślach. Moje wciąż krążyły wokół ostatnich słów.
Kocham cię...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz